Janusz Szuber - poeta, sanoczanin z urodzenia, Władysław Szulc - malarz i fotografik, sanoczanin z wyboru. I "Mojość" ich obu - "mojość sanocka" - dwu indywidualności i osobowości twórczych. Czy znaleźliby jakiś inny temat, który połączyłby ich lepiej niż to miasto - trwale obecne w poezji Janusza Szubera, a także najważniejszy motyw twórczości Władysława Szulca?

     Pierwsze robocze spotkania, pomysły, projekty i... zadziwiająca zbieżność w odczuwaniu tego, co "ich". W efekcie - artystyczny dialog, dla którego trudno byłoby o lepszy niż "Mojość" tytuł. Tylko jak z tysięcy ujęć, powstałych w ciągu niemal pół wieku historii miasta, wybrać właśnie te? Według

jakich kryteriów ocenić wagę wspomnień, które cały czas przywołują kolejne i kolejne?
     Robi wrażenie czułość, z jaką obaj twórcy traktują to miasto. Jak sobie je zawłaszczają, jak bardzo jest ono ich w nich. Ten zdumiewający, prowincjonalny Sanok, który swoją urokliwą małomiasteczkowością urzeka przybyszów, w królewskim przepychu panoram,  ale  i  w brzydocie zapomnianych detali, pełen

niezgrabnego, czasem zgrzebnego piękna i naturalnych dekoracji - skarp, malowniczych chałupek, rozlewisk Sanu, aspirujący do nowoczesności, a jednocześnie utkany ze wspomnień. Sanok w odbiciach starych okien i w oknach  z   gałęzi   drzew  -  w  ujęciach,  które

powtarzają się mimo upływu czasu, wpisane immanentnie tak w ten krajobraz, jak i w postrzeganie go przez artystę.
     Jakże mocno udziela się ta atmosfera. Niespiesznie, leniwie oplata uważnego odbiorcę i sadza na werandzie oświetlonej popołudniowym słońcem, w której oknie ręcznie wykaligrafowana tabliczka "Biuro pisania podań" i dojrzewające na parapecie zielone pomidory...

 

"[...] udowodnić
że jednak można coś wyrwać, ocalając
choćby na chwilę, z żarłocznego
gardła Wielkiego Nic."

 

Anna Strzelecka